wtorek, 19 lipca 2016

Czy to już dziś?

Nie, nie dziś, ale tydzień temu.
Ale co ?

9 LIPCA MIELISMY, MOI DRODZY, ROCZNICĘ. MINĘŁO PÓŁ ROKU BLOGA!!! JUPIIII!
A od Was dostałam największy i najlepszy prezent, jaki mogłam sobie wymarzyć! Dokładnie 9 lipca (bo tylko to zdążyłam sprawdzić, bo byłam aż ciekawa) wybiło 10 tys. wyświetleń!!!
Jezus Maryja!!!

Wiem, że ostatnio nawaliłam, ale zawsze mój lipiec to "kataklizm wyjazdowy" i zasiąść do napisania czegokolwiek było wręcz niemożliwe <-- stąd także opóźnienia w komentarzach na innych blogach i stąd długa przerwa w dodaniu rozdziału.

A dziś dodaję taką niespodziankę, proszę bardzo! Doczytajcie do końca bardzo Was proszę, bo na końcu jeszcze chwilę coś dopowiem:)))


xxx

Zestresowana brunetka stała przed wielkimi drzwiami, nerwowo zaciskając palce. Poprawiła wiecznie zsuwające się okrągłe okulary i głęboko odetchnęła. „Weź się w garść, dziewczyno. Dasz radę, najwyżej nikt cię nie polubi, zmieszają cię z błotem i wyśmieją.”  pomyślała optymistycznie brązowooka, po raz tysięczny szarpiąc za swój zegarek na lewej ręce. Po chwili wielkie wrota się otworzyły i wyszedł z nich malutki chłopiec.
-Profesor McGonagall zaprasza. –powiedział wesoło blondyn. –Nie martw się, będzie dobrze.
-Oj, nie wiem… -mruknęła bardziej do siebie okularnica. –Dużo jest osób?
-Cała Wielka Sala. –szepnął chłopiec, a brązowooka zbladła koszmarnie, czując jak kolana się pod nią uginają. Blondynek, bez żadnego ostrzeżenia, otworzył na całą szerokość drzwi i zniknął pomiędzy czterema stołami. Światło tysiąca świec, wiszących przy suficie, momentalnie oślepiło brunetkę, która próbowała przyjrzeć się całej Sali i starała opanować okropny ucisk w brzuchu. Znajdowały się w niej cztery wielkie podłużne stoły, przy których siedzieli uczniowie, którzy uśmiechali się do niej pocieszająco. „O, tak, teraz udają miłych, a potem stanę się pośmiewiskiem. Czy ta dziewczyna już się ze mnie nie śmieje?! A, nie, nie, ona tyko kaszle. Ogarnij się, do cholery.”.  Dziewczyna wolnym i niepewnym krokiem ruszyła w kierunku wielkiego stołu, który znajdował się na końcu Sali, gdzie siedzieli nauczyciele. Po środku siedział miło uśmiechający się pan, w błękitnej szacie z długą brodą. Na krańcu okularnica zauważyła (bo trudno było nie zauważyć) wielkiego, gigantycznego mężczyznę z równie imponującą brodą. Ale uwagę brunetki najbardziej przyciągnął mężczyzna ubrany cały na czarno, z tłustymi i długimi, czarnymi włosami. „Nie wspominali, że będzie tu nauczała mnie jakaś kopia Vadera. Zamiast jabłka na biurku, będę mu zostawiała szampon”. Przed stołem stał główny cel jej krótkiej podróży. Obok sporego, drewnianego stołka stała starsza kobieta z kilkoma zmarszczkami, ubrana w długą, zieloną szatę z wielkim, spiczastym kapeluszem na głowie. A w jej rękach spoczywała Tiara Przydziału. „Cholibka, może jeszcze zdążę wybiec z Sali, nikt mnie tu nie zna, o Boże, dobra, biegnę…”
-Kate Potter, zapraszam. – po Sali rozległ się lekko chropowaty głos nauczycielki, powodując że wszyscy uczniowie zamilkli gwałtownie. „ O Merlinie, ma mnie”. Miliony spojrzeń zaczęło ją palić w kark, zasłonięty brązowymi włosami. Dziewczyna, obdarzając wszystkich zawstydzonymi uśmiechami, dotarła do pani profesor i stanęła przed nią. –Siadaj. – Potter’ówna szybko wykonała polecenie i usiadła przodem do uczniów. –Przedstaw się wszystkim, powiedz co cię tu sprowadza…
-Muszę? –zapytała niechętnie brunetka, ale McGonagall tylko skinęła głową. Dziewczyna wciągnęła głęboko powietrze. –Okej, w takim razie… Hej wszystkim, nazywam się Kate Potter, jak już zdążyliście usłyszeć. –kilka wybuchów śmiechu dodało brunetce pewności. –Jestem z Warszawy i … w sumie nie wiem, co powiedzieć, bo nawet nie wiem gdzie jestem. Po prostu pewnego spokojnego dnia wpada do mnie do domu pani profesor i mówi, że mnie tu chcą…
-Nie wpadłam, tylko elegancko weszłam. –przerwała dziewczynie nauczycielka, słysząc kolejne wybuchy uczniów, którzy musieli sobie wyobrażać wpadającą McGonagall do czyjegoś domu. –To może teraz ja trochę rzeczy ci przybliżę. Ale na początku zapytam o jedną rzecz.
-Słucham. –odpowiedziała grzecznie Kate.
-Czy lubisz Harry’ego Pottera?
-No bo przecież to, że nazywam się Potter nic nie znaczy. –zadrwiła brunetka, zostając natychmiast skarcona wzrokiem przez kobietę. Za to cała sala wybuchła donośnym śmiechem, a kilku uczniów zaczęło nawet bić brawo. Jednak wszyscy umilkli pod mrożącym krew w żyłach spojrzeniem nauczycielki. –Przepraszam. –bąknęła dziewczyna, czerwieniąc się lekko. –Tak, bardzo lubię, wręcz uwielbiam Harry’ego Pottera. – Kąciki ust profesorki podniosły się prawie niezauważalnie, wyrażając w ten sposób ostatnią jej nadzieję na to, że jednak do dzisiejszej młodzieży można przemówić.
-W takim razie, mamy zaszczyt cie powitać w Hogwarcie – Szkole Pisania Potterowskich Fanfiction. –gdyby Kate miałaby czym się zakrztusić, to na pewno by to zrobiła.
-Słucham? –pisnęła cicho, próbując uspokoić skaczące serce.
-Od dawna cię obserwowaliśmy i zauważyliśmy, że umiesz porządnie „ułożyć zdanie” i piszesz naprawdę interesująco z pewnym żartem, między linijkami.
-Staram się.
-Tutaj nauczysz się pisać odpowiednie fanfiction. Założysz bloga i podzielisz się swoją twórczością z innymi. Możesz jakkolwiek bawić się treścią książki, wymyślając nowe przygody naszych bohaterów. –brunetka wyszczerzyła się szeroko i gotowa była już zejść ze stołka i skierować się do najbliższego stołu, jednak nauczycielka jej przerwała. –Ale zanim dołączysz do nowych kolegów i koleżanek musi nastąpić przydział. –Potter’ówna głośno przełknęła ślinę. „Spoko loko, luzik arbuzik, oddychaj Kate.” –Jak widzisz, tak jak w Hogwarcie, mamy tu cztery domy. –Dopiero teraz brunetka zorientowała się, że tu wszystko ma swoje odbicie. Wielka Sala, McGonagall, staruszek w niebieskiej szacie musiał być poczciwym Dropsem, a wielki mężczyzna odpowiadał rozmiarem Hagridowi. „I…. o mój Boże, to był Snape. Merlinie, chroń.”. –Zauważyliśmy, że najbardziej podobają ci się fanfiction z Hermioną Granger jako postacią główną.
-No, nie zaprzeczę.
-Dlatego na razie wybierasz pomiędzy fanfictionami z nią w roli głównej. Wybór zostanie dokonany na podstawie parringów Hermiony z różnymi osobami. Oczywiście, jeśli zechcesz opisywać inne parringi i inne fanfiction z innymi osobami, to możesz. Możesz pisać tyle ile chcesz, ile tylko parringów ci się spodoba. Możesz także dodawać postacie niekanoniczne i je opisywać.
-Czyli jak zacznie mi się podobać, na przykład Jily? James Potter i Lily Evans?
-Oczywiście, możesz. Dokonujemy wyboru tylko za pierwszym razem, na to początkowe opowiadanie. Wytłumaczyć jeszcze raz?
-Minerwo, Kate da sobie radę, to inteligentna dziewczyna. –przerwał wypowiedź nauczycielki Dumbledore. – A panna Potter pewnie umiera teraz z głodu, przebyła długą podróż. Wybacz, Kate, ale profesor McGonagall lubi przedłużać. Proszę, usiądź moja droga, ja już dokończę. –wyraźnie podirytowana nauczycielka usiadła przy stole, a dyrektor szkoły podszedł do brunetki. –Tiara przydzieli cię do któregoś z domów, zależnie od tego, który najlepiej będziesz umiała opisać. Ale teraz pokażę ci gdzie możesz trafić. Tam znajduje się Harrmione. –mężczyzna wskazał na najbardziej oddalony stół po lewej stronie. „Hmmm, Harry i Hermiona… zdecydowanie nie! Harry jest świetnym przyjacielem i można powiedzieć, że by do siebie pasowali, ale nie, nie, nie! Jestem odwiecznym miłośnikiem Harry’ego i Ginny!”. –Tutaj znajduje się Fremione. –‘Zaraz, co? Fremione, kto to w ogóle jest? Zaraz, kto miał na imię… O MÓJ BOŻE. Fred i Hermiona. Fred Weasley i Hermiona Granger. O matko, ale z nich musi być słodka para! O Merlinie, ile pomysłów mi napływa! Granger na niby utonie w jeziorze, a on dostanie mikrofalówką w twarz! I…” -Obok nich masz parę tradycyjną. Romione. –„Boże, nigdy w życiu! Nie żebym miała coś do Rona, spoko z niego gość, ale nie spoko dla Granger, co to, to nie.”–A tam na szarym końcu masz, najbardziej powszechny parring, czyli Dramione. –„O w mordę, Drops za kogo ty mnie uważasz? Zmykam gdzie pieprz rośnie, wszędzie tylko nie oni.” – Skoro się już zapoznałaś z  Domami, zaczynamy przydział. –Dumbledore nałożył brunetce Tiarę Przydziału na głowę, która zsunęła się lekko z włosów dziewczyny. Po chwili Tiara przebudziła się i zamruczała głośno.
-„Jakkolwiek to głupi zabrzmi, to słyszę głosy w mojej głowie.”- pomyślała Potter’ówna.
-„Bo jestem w twojej głowie. Za bystra to ty  nie jesteś.”
-„Wypraszam sobie!”
-„Z szacunkiem do starszych, Potter. Hmm… dość odważna, pyskata i bezczelna czasem.  Ciekawe. Lubisz wyzwania i lubisz eksperymentować z tekstem.” –Kate czuła jakby ktoś przerzucał jej mózg do góry nogami. –„W takim razie najbardziej prawdopodobne parringi odpadają, czyli odrzucamy Harrmione i Romione”.
-„O Merlinie, dziękuję.”
-„To teraz wybór – Fremione czy Dramione”.
-„Fremione! Błagam, Fremione! Mam już tyle pomysłów!”
-„No tak widzę, ale co tam robi Pansy Parkinson, to bardziej pasuje do Dramione…”
-„Proszę, zaufaj mi, dam radę. Pansy się przyda, błagam, Fremione, Fremione….” –myślała gorączkowo dziewczyna, zaciskając palce, doprowadzając do zbielenia kostek. W całej Sali zapadła głucha cisza, którą niespodziewanie przerwał krzyk Tiary.
-FREMIONE! –Kate nie wytrzymała presji i krzyknęła ze szczęścia, a razem z nią cały stół miłośników Freda i Hermiony. Dziewczyna wyskoczyła z miejsca i dobiegła przeszczęśliwa do nowych kolegów i koleżanek, którzy wiwatowali radośnie.


xxx



W taki oto sposób zaczęłam pisać fremione:'))) a teraz kilka innych rzeczy--->

Jestem strasznie sentymentalna, wiem. Taki "cyrk" powinnam robić na rok bloga, ale nie mogłam się powstrzymać:))) i uwaga, uwaga, część oficjalna:

Chciałabym podziękować w tym oto miejscu osobom, które zawsze mi komentują rozdziały, wspierają na duchu i inspirują własnymi cudnymi blogami:

Astrum Confusa, Marta Weasley, Alice Lovegood, Gwiazdeczka 21, Eli A i Lestrange.

a także każdej osobie, która napisała każde miłe słowo<3

dziękuję także wszystkim czytelnikom, którzy mimo że się nie ujawniają, ciągle ze mną są!


Kurcze, bez Was nic by mi się nie udało! gdy założyłam bloga, nie sądziłam, że aż tak się w niego wciągnę, w całe to blogowe życie! Nie ma takiego dnia, bym choć na chwilę nie myślała o Was, o tym blogu!

Mój sentymentalizm czasem wybiega poza granice i może teraz Wam się wydaje, że przesadzam, ale jesteście ogromną częścią mojego życia i bardzo Was całym serduszkiem kocham, dlatego musiałam uczcić ta małą rocznicę:)


Dziękuję za uwagę:) rozdział powinien się niedługo pojawić<3
Całuski kaktuski
~Kate

PS na kom odpowiem jutro:))

sobota, 25 czerwca 2016

Rozdział XIX

Dzień dobry.
Informacje tu kochani! Nie zaczynajcie już czytać!

Nie wiem, kiedy będzie opublikowany następny rozdział, ponieważ jutro wyjeżdżam na obóz na dwa tygodnie, a potem mamy rodzinny wyjazd i dlatego moja nieobecność może być spora.

Rozdział ten pisało mi się milusio i to zawdzięczam Wam, moi drodzy! ja się zastanawiam, jak głupia byłam, że w Was zwątpiłam! Kocham Was całym serduszkiem i dziękuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem i w ogóle za to, że ze mną jesteście!<33
Ale Wam słodzę:'))

Co do rozdziału, nie jest on typowym fremione, jest to takie przejście. to jest najsmutniejsze, że mam pomysły na jakieś przełomowe rozdziały, a na takie normalne nie mam:'))) ale się staram!

Co do komentarzy, to niestety nie zdążę na nie poodpowiadać, więc postaram się jak wrócę z tych wszystkich wyjazdów.

I JESZCZE JEDNO! Jeśli chciałby się ktoś ze mną jakoś skontaktować (tak, Alice, mowa tu o Tobie, bo nie wiem, czy zauważyłaś, że Ci odpowiedziałam:')) ) to można pisać na mój email --->  katepotter57@gmail.com
I nie myślcie, że chcę z siebie zrobić jakąś gwiazdeczkę:')) po prostu tak daję dla zainteresowanych:)) i pomyślałam, że będzie fajnie, gdyby ktoś napisał:))

DOBRA NIE PRZEDŁUŻAM, ROZDZIAŁ!
I WESOŁYCH WAKACJI!


ROZDZIAŁ XIX

Lavender Brown należała do osób, które ciężko obudzić, szczególnie rano w niedzielę. Dla niej weekendowe poranki były możliwością odespania całego, męczącego tygodnia. Jej współlokatorki uciekały nawet do bardzo drastycznych metod, by wybudzić blondynkę z kamiennego snu. Jednak dzisiaj, to ona pierwsza się obudziła, gdy jeszcze jej dwie koleżanki smacznie sobie spały.
-Co, zaraz, kto mnie budzi? –zaczęła mruczeć sama do siebie zaspana dziewczyna. Nagle poczuła lekkie pacnięcie w okolicach czoła, które wcześniej przerwało jej przyjemny sen. –Co, co, to ma być? Pokaż się, żartownisiu jeden. –mamrotała wściekle gryfonka, przejeżdżając na wpół otwartymi oczami przez ich dormitorium. Jednak zamglonym wzrokiem trudno było jej cokolwiek dostrzec. Prychnęła coś pod nosem i z powrotem wtuliła się w mięciutką poduszkę. Po chwili znowu została pacnięta. Cokolwiek to było, powtórzyło owe pacnięcia jeszcze kilka razy. Zdenerwowana do ostateczności Brown wstała gwałtownie, gotowa rozszarpać jej „budzicela”, ale zaniemówiła tylko ze zdziwienia i zachwytu. Po ich dormitorium latało mnóstwo małych, czerwonych serduszek ze złotymi skrzydełkami jak u znicza. Właśnie jeden z nich upatrzył sobie czoło gryfonki i ponownie w nie stuknął. –Ej, ej, mały, uspokój się. –szepnęła blondynka i złapała lekko serduszko w dwa palce, starając się go nie spłoszyć ani nie zrobić mu krzywdy. Teraz puchate serduszko fruwało nad rozwartą  dłonią. –Zachowujesz się podobnie do znicza, zrobili cie na jego podobieństwo… -pomyślała głośno dziewczyna. –Ale kto  cię, maluchu, zrobił? –zapytała Lavender i pogłaskała serduszko palcem. Nagle serce wybuchło i obsypało dłoń zdziwionej gryfonki złotym proszkiem, z którego po chwili uformowała się złociutka literka „P”. –Co tu się właśnie stało? –Brown omiotła wzrokiem pokój, po którym latała reszta serduszek. Wstała z łóżka i wskoczyła zgrabnie na łóżko Hermiony. Zgrabnie, czyli z wdzięcznością stukilogramowego nosorożca. Szatynka obudziła się gwałtownie i popatrzyła się przerażona i zarazem wściekła na współlokatorkę.
-Lavender! Co ty u licha… Czy ja nadal śnię czy zostałyśmy opanowane przez czerwone serduszka? –zapytała się zdziwiona dziewczyna, przyglądając się dormitorium.
-Zgadłaś, amigo. –odparła wesoło blondynka.
-Skąd ty znasz hiszpański? –zdziwiła się Granger, na co koleżanka tylko przewróciła oczami.
-Bardziej cię interesuje mój hiszpański niż stado czerwonych, latających serc, które opanowały nasz pokój, a do tego zmieniają się po dotknięciu w literki? –zakpiła Lavender, zanim oberwała poduszką w głowę. –Uważaj, zrzucisz mi ją!
-Jakie literki? O co ci chodzi?
-Patrz. –dziewczyna pomachała szatynce przed oczami złotym „P”, opowiadając jak doszło do tej przemiany i jak została brutalnie obudzona przez poprzednie wcielenie literki.
-Czyli, ktoś chce nam przesłać wiadomo… auć! –mruknęła Hermiona, łapiąc w rękę serduszko, które upatrzyło sobie za cel jej nos. Po chwili na jej ręce leżała złota literka „A”.  –Ktoś chce którejś z nas przesłać wiadomość. Chodź, obudzimy Parvati, żeby nam pomogła. Może to ten jej James Connery czy jak mu tam…
-Zapomnij o nim. –mruknęła blondynka, gdy zaczęły powoli przechodzić w kierunku łóżka śpiącej współlokatorki, balansując miedzy śmigającymi intruzami. –Okazał się wielkim dupkiem. Poza tym Pav stała się obiektem westchnień cholernie przystojnego gryfona, który również się jej podoba. Tylko te zagubione żuczki nie dają sobie rady. A po nim, bym się nie spodziewała takiej ”niepewności”…
-Kto to jest? –zapytała zaciekawiona Granger’ówna.
-Może sama ci powie. PATIL, MAŁPO, WSTAWAJ!  -krzyknęła wesoło Lavender, wskakując na łóżko przyjaciółki. Obie spadły z wielkim hukiem na ziemię. Blondynka szybko wstała, szczerząc się od ucha do ucha, a zza łóżka powoli wyłoniła się hinduska. O ile to Brown ciężko było zbudzić, to Parvati najtrudniej było „dobudzić”. Potrafiła przez cały ranek krążyć pomiędzy światem rzeczywistym a snem.
-Coś się stało? O, Hermiona, znowu zapomniałaś zamknąć okno na noc? Patrz, co nam naleciało! –mruknęła oskarżycielsko bliźniaczka, obserwując na wpół otwartymi oczami dormitorium. – Co to za jakieś dziwaczne muszki? -Jej dwie przyjaciółki wybuchły śmiechem i pomagając jej wstać, opowiedziały całą historię  latających serc. –Oooo, zawsze lubiłam składać literki. Dobra, połóżcie te dwie na ziemi i łapiemy resztę. A potem je jakoś złożymy. –zakomenderowała Patil, ziewając co drugie słowo. Gryfonki szybko (brunetka z małym opóźnieniem) zabrały się do łapania sercowych zniczów i układania ich na ziemi. Po pół godzinie wszystkie literki były rozłożone na ziemi. Złoto delikatnie odbijało się na tle brązowej podłogi w pokoju dziewcząt.
-I teraz najgorsze… -zamarudziła Hermiona, biorąc do ręki duże „M”. –Patrzcie, ta litera jest większa niż inne, więc musi to być początek zdania. –powiedziała dziewczyna i położyła jak najdalej po swojej lewej stronie ową literę.
-To czemu w takim razie „H” też jest całkiem spore? –zapytała sennie Parvati, drapiąc się literką po czole.
-Możliwe, że znamy już adresata. –mruknęła lekko posępnie blondynka, mając w sercu wielką nadzieję, że do niej były skierowane serduszka. Ale po chwili rozpogodziła się. –No, Granger, masz tajemniczego wielbiciela. –Hermiona zaczerwieniła się potwornie, czując ciekawski wzrok dziewczyn na swojej twarzy, którą skryła miedzy włosami.
-Nie wiem o co chodzi i nie wiem tym bardziej, komu by zależało, by robić mi taki głupi prezent. –warknęła szatynka, próbując zatuszować pewne podniecenie zdenerwowaniem. Domyślała się, kto mógł wpaść na taki pomysł, ale bała się nawet w myślach wypowiedzieć jego imię. Podobał jej się, nawet bardzo, ale to, co się stało wczoraj wieczorem ją przerosło.. .Zagubiła się we własnych uczuciach, a tym bardziej w swoich myślach. –Idiotyczne.
-Ja tam uważam, że to urocze. –powiedziała Parvati, zanim ziewnęła szeroko, ustanawiając tym samym pewnie rekord świata w otwarciu buzi. –W takim razie…. –mruknęła hinduska i szybko wyłapała kilka literek. Ułożyła je pod „M”, ukazując złocisty napis „Hermiono”.
-O, super. Musimy jeszcze odszyfrować pozostałą część listu! –powiedziała wesoło Lavnender, żonglując literkami „U” i „S”. –Stop! –dziewczyna złapała obie literki i szybko je ustawiła obok początkowego „M”. –Mus… Mus… Musimy! Albo musisz! Jakie mamy propozycje? –zapytała Brown, na co szatynka szybko podsunęła jej kilka przemienionych serc. –Wychodzi na to, że możemy jedynie ułożyć ‘musimy”, bo drugiego „S” nie ma… -zamruczała do siebie blondynka, ustawiając słowo „Musimy”.  –Ojej.
-Ojej. –dopowiedziała Parvati, mierząc się przerażonym wzrokiem z przyjaciółką. Hermiona zmarszczyła czoło i popatrzyła się na dziewczyny pytająco.
-Co ojej?
-Kochanie, a jakie zdanie zaczyna się zazwyczaj od „musimy”? –zapytała Lavneder, kiwając z politowaniem głową. Zagarnęła kilka liter i szybko obok słowa „Musimy” ułożyła wyraz „porozmawiać”. Musimy porozmawiać. Musimy porozmawiać. –I jeszcze jedno. –szepnęła dziewczyna, przysuwając do słów imię szatynki. Musimy porozmawiać Hermiono. Musimy porozmawiać Hermiono. Szatynka czuła jak jej serce gwałtownie przyspiesza, a po plecach spływa kropelka zimnego potu. . –Ktoś coś tu przeskrobał. –zażartowała blondynka, szczerząc się wesoło, dumna, że udało jej się rozszyfrować wiadomość tajemniczego wielbiciela.
-Ale zupełnie niewychowany ten twój amator. Powinien dać przecinek. –prychnęła Parvati.
-Po pierwsze adorator, Patil, nie żaden amator. Budź się, dziewczyno! Nie śnij  już o tych chłopakach! A po drugie, patrz! Dał przecinek! –roześmiała się Brown, klepiąc przyjaciółkę w tył głowy i sięgając ręką po leżący w kącie dormitorium złoty przecinek. –Myślałam, że to jakaś literka zgubiła ogonek, więc postanowiłam go zostawić. A jednak mamy tu jakiegoś miłośnika interpunkcji. –gryfonka dostawiła przecinek między imieniem koleżanki a wyrazem „porozmawiać”. –Ej, ale zostały jeszcze literki. Amator się podpisał! –pisnęła Lavender, na co Hermiona tylko zamknęła mocno oczy. „Merlinie, zaraz się dowiedzą, zaczną się pytania, więcej pytań i…” –Nie znam nikogo o imieniu z trzema literami!
-Coś się ułoży… -powiedziała dziarsko hinduska i wzięła literki. Szatynka otworzyła jedno oko, wpatrując się w trzy złote literki – „D”, „R” i „E”. 
-Więc mamy do wyboru… Erd, Der, Red albo Dre. No niezbyt ładnie. –„Nie ma literki F! Może to nie Fred?! To w takim razie kto chce ze mną gadać?!”. –Jak dla mnie najbardziej prawdopodobne jest Red jako pseudonim, rozumiecie? Czerwone serduszka, jak Red. To jego znak firmowy. –zauważyła inteligentnie Lavender.
-Ale to Red trzeba jakoś rozszyfrować! –jęknęła Hermiona, przejeżdżając rękami po rozczapierzonych włosach.
-Rozentuzjazmowany Eukaliptus Drzewny. –powiedziała spokojnie Parvati, nie zwracając uwagi na pełne zdziwienia spojrzenia gryfonek.
-Co? –wykrztusiły jedna przed drugą. Brunetka przewróciła oczami.
-Hermionę podrywa Rozentuzjazmowany Eukaliptus Drzewny, uwierzcie mi. Nie można ufać tym roślinom. –zagroziła poważnie dziewczyna, przecierając sobie oczy.
-Parvati, zmień dilera.
-Albo przynajmniej zmniejsz dawkę.
-Może w ogóle przestań brać.
-Albo wracaj natychmiast do łóżka, bo nie da się z tobą rano pracować. – zakomenderowała Brown, odsyłając na wpół śpiącą przyjaciółkę do łóżka. –I kto tu niby jest blondynką? –zakpiła jeszcze dziewczyna, gdy brunetka schowała się już całkowicie pod kołdrą. Nagle gryfonka wciągnęła głęboko powietrze. –A może jeszcze jakieś serducho tu sobie lata? –„Oby nie, oby nie, oby nie… Już wolę mieć jakiegoś Reda, zamiast znaleźć gdzieś Freda…” myślała Hermiona, gdy dokładnie tuż nad głową koleżanki przeleciało serduszko „Merlinie, czym ci zawiniłam?!”. –Coś mi bzyknęło nad głową? –zapytała gryfonka, rozglądając się wokół.
-Wydaje ci się… -mruknęła szatynka, nie spuszczając z oczu hasającego nad szafą czerwonego serca.
-Mogłabym przysiąc, że… Tam jest! –krzyknęła dziewczyna, wskazując na serduszko, które śmignęło nad śpiącą bliźniaczką. Granger postanowiła improwizować.
-Złapię go! – zadeklarowała gorliwie gryfonka, po czym ruszyła w kierunku sercowego znicza. Szybko dopadła swoją ofiarę i połaskotała serduszko. Po chwili na jej ręku leżała mieniąca się literka „F”. –Cholera jasna. –syknęła po cichu. Cała wiadomość brzmiała „Musimy porozmawiać, Hermiono. Fred”. – Nie będę z nim rozmawiać.
-Ale z kim?! Co to za litera?! –dopytywała się Brown, o której obecności sztaynka zupełnie zapomniała.
-Yyy, to tylko kropka. Za Red. Więc szukamy Reda, bez żadnych nowości. –odparła nerwowo Hermiona i jak gdyby niby nic, wyrzuciła literkę do kosza. Zanim jednak odeszła od niego choć na milimetr, „efka” wyleciała z pojemnika i pofrunęła w kierunku wyciągniętej ręki Lavender.
-Granger, sądziłam, że umiesz odróżniać kropkę od litery „F”. –zadrwiła blondynka, ustawiając zdobycz i tym samym dopełniając całe imię. Fred.
-To jest Fantastycznie Rozentuzjazmowany Eukaliptus Drzewny. –zamruczała spod kołdry Parvati. Blondynka przewróciła oczami.
-A może Fred, Pav? A dokładniej Fred Weasley? I co ty na to, Hermionka? –zapytała Lavender, mrużąc oczy.
-Pogadamy później. Nikomu o tym nie mówcie. –zdołała wydukać zaczerwieniona szatynka, zanim wybiegła z dormitorium.
-Pamiętaj, że jesteś w piżamie! –krzyknęła za nią Parvati, która wstała z łóżka, przyglądając się złotemu napisowi na podłodze. Granger’ówna wróciła do pokoju.
-O tym też nie mówcie. –odparła zażenowana.
-Masz to jak w banku. –powiedziały równocześnie jej współlokatorki, szczerząc się szeroko. 
 
 
-Jak działamy? –zapytała hinduska, gdy razem ze współlokatorkami czaiły się na schodach, prowadzących do Wielkiej Sali. Przejechała wzrokiem po podekscytowanej Lavender i lekko przerażonej Hermione.
-Ktoś musi sprawdzić, czy Fred tam siedzi. Nikogo nie było w Wieży, więc pewnie jest tam. –mruknęła posępnie szatynka. Po wyjściu z WS od razu pobiegła do Aarona, ale jego dormitorium tez było zamknięte. Dziewczyny na szczęście na nią poczekały i teraz razem próbowały zostać niezauważone przez Fred’a Weasley’a.
-Niech któraś zajrzy, czy tam jest. Albo on, albo Broadway. –szepnęła Brown. –Ja mogę zajrzeć, bo ty, Granger, na sto odpadasz. –dziewczyna szybko podbiegła do ogromnych drzwi i wychyliła głowę. Odwróciła się do gryfonek i zaczęła pokazywać jakieś skomplikowane ruchy dłońmi. Koleżanki tylko wytrzeszczyły oczy, nie wiedząc o co chodzi blondynce, która przetarła teraz twarz, załamując się znajomością gestów kryminalnych przyjaciółek. –Są. Oboje. Chodźcie. Tu. –wysyczała przez zaciśnięte zęby. Hermiona i Parvati pokiwały ze zrozumieniem głową i sprawnie przebiegły odległość dzielącą je od gryfonki.
-Co teraz? –zapytała hinduska. Szatynka zagryzła zęby.
-Skoro jest tam Aaron, to muszę szybko do niego przejść, wezmę jakiegoś tosta i uciekniemy. –odparła odważnie gryfonka. Współlokatorki zmierzyły ja niepewnym spojrzeniem.
-Jesteś tego pewna? –zapytała brunetka, na co Granger’ówna tylko pokiwała głową.  -Chodź, Lav, wjedziemy pierwsze. –przyjaciółki posłały pocieszające uśmiechy.  Dziewczyny wyszły zza drzwi i weszły do Sali. Hermiona zdążyła jeszcze usłyszeć konspiracyjny szept hinduski. –Ale chamsko się na niego patrzymy.
-No jasne! Niech wie, że ma problem, cymbał jeden. Poza tym przez ten jego pomysł zostałam brutalnie obudzona! –odszeptała Brown.
-No to postanowione. Miażdżymy Weasley’a wzrokiem. –powiedziała mściwie bliźniaczka, powodując, że przysłuchująca im się gryfonka z trudem stłumiła śmiech. „Oj, współczuję Fredowi”. Szatynka już miała wychodzić z kryjówki, gdy nagle usłyszała głos jednego z bliźniaków.
-E, Brown i Patil! Widziałyście może Hermionę? –zapytał głośno Fred. Z pewnością cała Wieka Sala bez problemu go usłyszała i zwróciła na niego uwagę.
-Po nazwisku, to po pysku, Weasley, więc uważaj co mówisz. –warknęła Lavender, która wczuła się w swoją rolę. Skoro ma szansę się z kimś podroczyć (i do tego w jakże słusznym celu), z chęcią tą szansę wykorzysta. Szatynka mogła przysiąc, że widzi jak bliźniak uśmiecha się zawadiacko.
-Co ty, Lavuś, taka cięta? Nie wyspałaś się, blondyneczko? –zakpił chłopak, przekraczając pewną granicę. Gryfonka była bardzo przewrażliwiona na punkcie stereotypów, dotyczących koloru jej włosów. 
-Nie podskakuj, rudy, dla ciebie to za wysokie progi. –odparła spokojnie dziewczyna, a po Wielkiej Sali rozniosły się echem pogwizdywania. –Jakiś tępak nam przeszkodził, wydaje mi się, że go znasz. 
-Idioci trzymają się razem. –przesłodzony głos Parvati przeciął wyraźnie burzę gwizdów, zaledwie na sekundę, by podniosły się one ze zdwojoną siłą. Hermiona wciągnęła powietrze i pewnym krokiem wkroczyła do Wielkiej Sali. Szybko zrejestrowała sytuację. Jej współlokatorki stały przed Fredem, którego buzia przypominała wielkie „O”. Obok niego siedział George, który dusił się ze śmiechu i nawet klaskał gryfonkom. Naprzeciw bliźniaków leżeli na sobie Harry z Ronem, starając się powstrzymać łzy śmiechu, a Ginny łapała kawałek kanapki, który wypadał jej z buzi w czasie napadu szaleńczego chichotu. Jednak gdy szatynka pojawiła się na horyzoncie, wszyscy zamilkli. Dziewczyna zgrabnie przeszła między stołami i posłała pełne dumy i zadowolenia uśmiechy Lavender i Parvati, które szczerzyły się wesoło. Ominęła przyjaciół, uśmiechając się do nich miło, a najmilej do oszołomionego Freda. Podeszła do Aarona Broadway’a, który w czasie wybuchu śmiechu, rozlał na siebie sporą część swoich płatków z mlekiem. Patrzył się na nią teraz zadziwiony z wytrzeszczonymi oczami.
-Idziesz? –łagodny głos gryfonki rozbrzmiał między czterema stołami Domów Hogwartu.
-Tak, tak idę. –brunet wstał pośpiesznie i skierował się za szatynką, która podeszła jeszcze do swoich przyjaciół.
-Harry, Ron spotkamy się potem na błoniach? –chłopcy przytaknęli jej posłusznie. –Gin, pogadamy wieczorem po kolacji, a George tobie pomogę po obiedzie z Transmutacją, ok.? –Weasley’owie uśmiechnęli się do niej. –Fred, zamknij buzię, bo ci mucha wleci. –mruknęła jeszcze Hermiona, po czym razem z Broadway’em wyszli z Wielkiej Sali. Po chwili uczniowie usłyszeli donośny wybuch śmiechu owej dwójki, do której dołączyła Lavender i Parvati, dosiadając się do drugiej bliźniaczki Patil. Po wyjściu z Sali, Aaron gwizdnął z podziwem.
-1:1, młoda. To było dobre.
-To zasługa dziewczyn. Nie sądziłam, że aż tak wcielą się w rolę. Ja to tylko podtrzymałam. –odparła na pozór spokojnie dziewczyna, w duchu krzycząc ze szczęścia. Czuła, że teraz rozpętała na dobre „bitwę” z Fredem Weasley’em. Była niezmiernie ciekawa jak ta wojna się zakończy. Nie wiedziała jednak, że bliźniak znalazł odpowiedniego sojusznika, który teraz szedł sobie spokojnie obok niej, uśmiechając się wesoło i pokazując swój uroczy dołeczek na lewym policzku.



Całusy
~Kate

piątek, 10 czerwca 2016

Rozdział XVIII

ROZDZIAŁ XVIII

-Za dużo emocji jak na jeden dzień. –mruczała do siebie szatynka, zbiegając po kilku ostatnich schodkach. Rozmowa z siostrą, powiedzenie przyjaciołom prawdy, szukanie mamy pośród innych uczennic Hogwart i pocałunek z Fredem Weasley’em. –Cholera jasna. –wysyczała przez zaciśnięte zęby Hermiona, przypominając sobie scenę, która miała miejsce zaledwie kilkanaście minut temu. Dziewczyna po owym akcie w jej życiu, spanikowana, uciekła. „Ale w sumie to czego się boisz? To on cię pocałował, tak? No niby tak, ale był dzisiaj wyjątkowo dobrym humorze, może coś mu George dolał? Zdecydowanie tak, czegoś się nałykał, nie ma innej możliwości”. Dziewczyna znalazła się na pustym korytarzu i usiadła na pobliskim parapecie. Oparła zaczerwieniony policzek na zimnej szybie. Po raz pierwszy w życiu poczuła ochotę porozmawiania z kimś, by ktoś jej wysłuchał. Najczęściej to ona była „oazą spokoju”, do której wszyscy mknęli, gdy coś im się w życiu przytrafiło. Musiała komuś powiedzieć o tym co się stało, bo dłużej już nie wytrzyma z własnymi myślami. Tylko komu? Ciszę na korytarzu przerwało głośne burczenie w brzuchu szatynki. Hermiona zerknęła zła na swój brzuch. –Akurat teraz?- zamruczała gniewnie i zeskoczyła zgrabnie z parapetu, po czym ruszyła w kierunku Wielkiej Sali.
Hermiona po kilku minutach dotarła do Wielkiej Sali i szybko odnalazła przyjaciół. Jednak z niemałym przerażeniem naliczyła cztery rude łebki, zamiast trzech, których się spodziewała. Fred siedział obok George’a, z którym razem doprowadzali Ginny do głośnego śmiechu, zaś Harry i Ron konspiracyjnym szeptem wymieniali między sobą jakieś uwagi. Gryfonka odetchnęła kilka razy. „Przecież ty nic nie zrobiłaś, zachowuj się jakby nic się nie stało.” –myślała gorączkowo, cały czas stojąc w przejściu. Nie zauważyła nawet, gdy obok niej przeszedł Malfoy, szturchając ją mocno ramieniem.
-Uważaj jak chodzisz, Granger. –warknął ironicznie chłopak, czekając na jakąś kąśliwą uwagę o dziewczyny, która tylko uśmiechnęła się nieobecnie.
-Przepraszam, malutki, nie chciałam cie potrącić. Następnym razem będę ostrożniejsza. A teraz, zmykaj już do swoich kolegów. –szatynka lekko popchnęła zdezorientowanego blondyna, który nie wiedząc zupełnie jak zareagować, stał dalej jak słup soli. Granger’ówna w tym czasie ruszyła w kierunku gryfonów. „Bądź fajna, bądź fajna…” powtarzała sobie jak mantrę, gdy doszła do przyjaciół. Usiadła między Harrym i Ronem, posyłając innym uśmiechy. Spojrzenia Freda zręcznie uniknęła. –Hej, wszystkim. Jak tam na treningu?
-Całkiem dobrze. Angelina się darła bez powodu… -zaczął George. Na chwilę wszyscy umilkli, a owy bliźniak popatrzył się pytająco na Freda. Ten jednak wpatrywał się nonszalancko w Hermionę, która zaczęła odczuwać wielkie pojawiające się rumieńce na jej policzkach. George chrząknął kilka razy, ale jego sobowtór ani drgnął. –Yyy, Fred? Dokończysz po mnie zdanie?
-Co, co? –zapytał się zdezorientowany Weasley, jednak nie odrywając wzroku od dziewczyny. George zmarszczył brwi, podobnie jak reszta gryfonów.
-Wprawiłeś mnie w zakłopotanie, bracie. Nie dokończyłeś mojego zdania, a ja nie wiem co chciałem dodać. To ty zawsze masz końcówki. –chłopak oskarżająco wskazał palcem na bliźniaka.
-Oj, dasz sobie radę, Georgie. –odparł beztrosko Fred, paląc szatynkę wzrokiem. Jednak nie już on jeden. Nagle wszyscy przyjaciele zaczęli skakać wzrokiem z niego na nią, a sama Granger czuła się jakby stała przed całym Wizengamotem. „Muszę się stąd zmyć, szybko, szybko… Ale z kim? Ktoś, kto nie jest w to wplątany.” –myślała gorączkowo dziewczyna- „Ginny, to nawet nie muszę tłumaczyć… Harry i Ron, nie, nie oni nie są do takich rozmów, a o George’u to nawet nie wspominam… Merlinie, niech ktoś tu się pojawi…” błagała rozpaczliwie Hermiona, uśmiechając się niepewnie do innych. Nagle jedna osoba, ostatnia nadzieja, pojawiła się niespodziewanie w jej głowie.
-Słuchajcie, ja już pójdę, ktoś mnie potrzebuje…- powiedziała niepewnie gryfonka, wstając błyskawicznie z miejsca i zrywając się do szaleńczego biegu. Usłyszała jeszcze nawoływania Ginny, zanim zniknęła w korytarzach Hogwartu. Dobiegła pędem do wieży Gryffindoru, jednak nie weszła do niej, tylko minęła Grubą Damę i przeszła kilka drzwi dalej. Zapukała. Po sekundzie drzwi otworzyła jej Veronica Broadway, która była ubrana w jeansową spódniczkę i białą, krótką bluzkę z logiem jakiegoś mugolskiego zespołu.  Jak zwykle, wyglądała prześlicznie. Jednak wygląd zewnętrzny nie odpowiadał charakterowi.
-Czego chcesz krasnalu? –zapytała kpiąco, mierząc ją od dołu do góry. Brunetka przewyższała ją o całą głowę ,a to, że jej trampki były na wyższej podeszwie, nie poprawiało sytuacji.
-Przyszłam do Aarona. –odpowiedziała grzecznie Hermiona, starając się nie zaczynać sprzeczki z bliźniaczką.
-Na jego miejscu nie gadałabym z kimś takim, jak ty, ale jego wybór. Od dziecka był kompletnym bezmózgiem. –prychnęła Veronica, która szarpnęła lekko szatynkę za krawat. –Sobota się kończy, a ty nadal w tym wdzianku? Interesująco, kujonico. –zadrwiła Broadway. Granger popatrzyła się na nią spod byka.
-To nie jest niebezpieczne używać cały zasób swojego słownictwa w jednym zdaniu? Uważaj, będziesz się powtarzać. –odparła spokojnie szatynka. Veronica zagryzła zęby i zmrużyła oczy.
-Liliputek podskakuje? Urocze. –uśmiechnęła się dziewczyna, ukazując jeden mały dołeczek, który w przeciwieństwie do brata, miała na prawym policzku. –A teraz, dziewczynko, przesuń się i daj mi przejść. Ty i twoje wielkie coś –bliźniaczka złapała za kilka kosmyków włosów gryfonki –zasłaniacie mi przejście.
-To samo mogłabym powiedzieć o twoich… twojej… twojemu… -szatynka szukała rozpaczliwie słowa, którym mogłaby „powalić” rywalkę. Zielonooka popatrzyła się współczująco, przechylając lekko w głowę.
-No to jest na serio urocze. Jesteś jak taki mały dzieciaczek. –powiedziała słodkim głosem dziewczyna, po czym wyminęła szatynkę w drzwiach i wyszła na korytarz. –Aaron, gumochłonie! Twoja przyjaciółeczka przyszła! A ja wychodzę!
-I najlepiej nie wracaj! –odkrzyknął głos z wnętrza pokoju. –Granger, wchodź i nie krępuj się! Zaraz do ciebie przyjdę! – Hermiona, lekko zdezorientowana, weszła do niewielkiego pomieszczenia, rozmiarem przypominającym dormitorium. Składał się z jednego pokoju, w którym leżały porozwalane damskie ubrania, nie tylko na łóżku, ale dosłownie wszędzie. Dopiero po chwili szatynka zauważyła niewielkie, czarne schody, stojące w kącie pomieszczenia. Właśnie w tym momencie po poręczy zjechał Broadway z nonszalanckim uśmiechem przywdzianym na usta. –Spokojnie, to nie ubrania moich dziewczyn.
-Na to liczyłam. –szepnęła lekko zażenowana dziewczyna, a bliźniak tylko mrugnął do niej i zeskoczył zgrabnie z poręczy.
-To jest pokój moje siostrzyczki Veroniczki. A teraz chodź do mnie, mademoiselle. Ale bez skojarzeń, czochrańcu.  –powiedział Aaron, pchając gryfonkę w kierunku schodków. Przyjaciele szybko weszli na górę i Hermiona aż nie mogła się powstrzymać od krótkiego okrzyku zachwytu. Białe ściany były w całości zakryte różnymi plakatami koszykarzy, a w samym pokoju było wiele motywów owej mugolskiej gry. Szatynka uśmiechnęła się w duchu. Pan Granger uwielbiał tą grę i od dziecka próbował ją nauczyć w nią grać. A także większość jej kuzynów dosłownie żyła koszem, więc to był jedyny możliwy sposób spędzania z nimi czasu.
-Lubisz koszykówkę?
-Uwielbiam. To jedyny mugolski sport, który uprawiam. –odparł chłopak, rzucając się na łóżko.
-Myślałam, że jako czystokriwste rodzeństwo nie chcecie mieć nic wspólnego z mugolami. A tu proszę –szatynka wzruszyła rozbawiona ramionami – ty kochasz kosza, a Veronicę widziałam z jakimś mugolskim zespołem na koszulce.
-No widzisz, słonko,  nie wszyscy czystokrwiści to nadęte dupki. Poza tym z tą czystą krwią jest różnie.  Mam gdzieś w rodzinie mugola, wilkołaka i z pięć wili. –wyliczał spokojnie brunet. –Ale teraz, złotko…
-Możesz mówić do mnie normalnie po imieniu? –prychnęła gryfonka, mająca już dość wszystkich „złotek”, „słoneczek” i „skarbów” Aarona Broadway’a. Chłopak tylko uśmiechnął się przebiegle.
-Nie, nie mogę. A więc teraz, kochanie, klapnij sobie obok mnie na łóżeczku i powiedz, co cie tu do mnie sprowadza.  –dziewczyna niechętnie usiadła obok gryfona, zastanawiając się w głębi duszy, czy nie popełnia życiowego błędu.
-A czemu myślisz od razu, że jest jakiś powód? Może po prostu chciałam się spotkać z moim najlepszym przyjacielem?
-O, Merlinie, czym sobie w takim razie zasłużyłem? –zapytał dramatycznie niebieskooki. –Granger, gadaj mi tutaj natychmiast co się stało, bo zaczynasz mnie przerażać.
-Nie no, nic się nie stało. –szepnęła szatynka, próbując uspokoić bardziej siebie niż gryfona. Chłopak zmarszczył w śmieszny sposób brwi, przypatrując się uważnie Hermionie. –No, dobra. Ale obiecaj, że nie będziesz się śmiać i nikomu o tym nie powiesz.
-Będzie ciężko… -zaczął brunet, ale natychmiast spoważniał, widząc morderczy wzrok gryfonki. –Będę cichutko jak myszka.
-Dobra. Jakby to ci ładnie powiedzieć… Całowałam się z Fredem Weasley’em. –szepnęła zawstydzona dziewczyna, pokrywając się czerwonym rumieńcem. Aaron otworzył szeroko oczy i zaczął machać chaotycznie rękami, piszcząc do tego jak mała dziewczynka. Przekręcił się na plecy i zrobił obrót, przy okazji spadając z łóżka. Jednak dość bolesny upadek nie powstrzymał jego radości. Niebieskooki zaczął skakać po całym pokoju i po chwili porwał w ramiona przerażoną przyjaciółkę, zmuszając ja tym samym do skakania razem z nim.
-GRANGER! GRANGER! O Merlinie, nie wierzę! AAAA, ale jestem z ciebie dumny, ty moja mała czarownico wredna! Wiedziałem, wiedziałem, że tak będzie! Młoda, świętujemy! Gdzieś jeszcze mam zachowaną Ognistą i zaraz sobie porządnie popijemy, pani Weasley! –krzyknął rozradowany Broadway, który gdy tylko puścił Hermionę, rzucił się do poszukiwania alkoholu. Szatynka złapała się poręczy łóżka, by zatrzymać zawroty głowy po skakaniu i popatrzyła się przepraszająco na chłopaka.
-Ale, Aaron, ja potem uciekłam.
-Zaraz co?! –brunet wydawał się być zdruzgotany tą wiadomością. Butelka whiskey wysunęła się mu z ręki i gdyby nie to, że Hermiona sprawnie zaklęciem powstrzymała ją przed rozbiciem się na ziemi, pływali by teraz w alkoholu. –Jak to uciekłaś? Czyli nie jesteście razem?
-Po to do ciebie przyszłam, żeby się poradzić… Zaraz, zaraz skąd masz Ognistą? –Granger’ówna wskazała palcem na butelkę, nagle przypominając sobie o obowiązkach prefekta. Aaron uśmiechnął się niepewnie.
-Veronica mi podrzuciła?
-Dobra, nieważne, nie mam do ciebie siły. Poradź mi, co mam zrobić, bo na razie unikanie Freda to jedyna możliwość, jaka przychodzi mi do głowy. –powiedziała zrezygnowana Hermiona, kładąc się na łóżku. Niebieskooki położył się obok niej, wciskając się pod koc, którym dziewczyna się przykryła. –Broadway, do cholery, co ty robisz?! To mój kocyk! I nie kładź się obok mnie, zboczeńcu!
-O Merlinie, całowałaś się z Weasley’em, a obok mnie wstydzisz się położyć! Ja nie wiem co się dzieje w twojej głowie ani o co mnie podejrzewasz, ja miałem tylko zamiar położyć się na moim łóżeczku. –gryfon niewinnie się uśmiechnął. –Dobra, ale potem ustalimy jak nazwiemy nasze dzieci, teraz mi opowiedz, co się stało i po jakie licho uciekłaś od faceta swojego sera?
-Nie przesadzaj. –prychnęła jeszcze szatynka, zanim opowiedziała przyjacielowi całą historię. Broadway słuchał ją uważnie, co jakiś czas wtrącając głupie odzywki, za co otrzymywał poduszka po głowie. Dziewczyna na koniec westchnęła głęboko. –I w taki sposób leżę z tobą w jednym łóżku. I co ja mam teraz zrobić?
-Powiedzieć szczerze?
-Najlepiej by było.
-Na brodę Merlina, nie wiem. Zazwyczaj to dziewczyny ode mnie uciekają, a ja zazwyczaj staram się je wtedy jak najbardziej sprowokować, jeśli mi na nich zależy.
-To, że mówisz w liczbie mnogiej nie pokazuje, że ci na którejkolwiek zależało. –wtrąciła Hermiona, patrząc z rozbawieniem jak Aaron zaciąga się gwałtowanie powietrzem. Powiedzenie, że nie zależy mu na dziewczynach, było równoznaczne z porównaniem go do Veronici, która zmienia facetów jak rękawiczki. A bliźniak bardzo tego nie lubił.
-Granger, weź mi, kurka, nie przerywaj. Jak na razie nie przychodzi mi do głowy inny pomysł, ale jak na cos wpadnę, to ci od razu powiem. A z tym unikaniem, to nie aż tak zły pomysł, bo…
-Tak jak mówiłeś, ty dziewczyny prowokowałeś, więc Fred może mnie prowokować. –westchnęła smętnie szatynka.
-I to mu się udało. Wystarczyło, że się na ciebie patrzył, a ty tu przyleciałaś jak Potter na miotle.
-Ładne porównanie. –mruknęła Hermiona, na co Aaron tylko się wyszczerzył.
-Zawsze miałem zadatki na poetę. –odparł dumnie chłopak. Gryfoni poleżeli jeszcze chwile, podziwiając plakat jednego z mugolskich koszykarzy, który wisząc na suficie, uśmiechał się do nich czarująco.
-Chyba będę już wracać. Odprowadzisz mnie? –zapytała smętnie dziewczyna. Brunet pokiwał głową i razem szybko wstali i ramię w ramię, zgodnym krokiem wyszli z pokoju bliźniaków Broadway. No może nie do końca zgodnym, jeszcze na schodach zaczęli się spychać ramionami i kłuć w żebra bezlitosnym palcami. Cały czas się z sobą przekomarzając, dotarli do Pokoju Wspólnego. Hermiona przełknęła ślinę. –Razem?
-Razem. –zapewnił gryfon. Niebieskooki podał hasło Grubej Damie i przyjaciele weszli do Pokoju. Jak na komendę pięć głów odwróciło się w ich stronę. Harry, Ron i Ginny patrzyli troskliwie na Granger’ównę, ale George już uśmiechał się pod nosem („Jak jeden z bliźniaków się całuje, drugi o tym wie 5 minut później. Złota zasada Weasley’ów”), a Fred dosłownie wbił się w nią piekącym wzrokiem, a na jego ustach widniał chytry uśmieszek satysfakcji. Szatynka ominęła zręcznie jego wzrok, czując rumieńce wkradające się na policzki. „Spokojnie, jest z tobą Aaron, odprowadzi cię do dormitorium i nie pozwoli, by Fred do ciebie zagadał” myślała zestresowana dziewczyna, gdy nagle poczuła jak ktoś klepie ją po plecach. –To do widzenia, Granger. –zakrzyknął wesoło chłopak i w mgnieniu oka zniknął za obrazem Grubej Damy.
-Aaron, nie, Aaron! Broadway, nienawidzę cię!- zdążyła krzyknąć jeszcze Hermiona, zanim obraz zatrzasnął się z głuchym skrzypnięciem. „Zabiję padalca, głupi idiota, mogłam się domyślić…” obrażając w dalszym ciągu chłopaka, szatynka odwróciła się powoli do przyjaciół, którzy patrzyli na nią cały czas. Uśmiechnęła się niepewnie. –On potrzebował korków z… z… Transmutacji! –wypaliła gryfonka, kierując się szybko do dormitorium.
-Co? Bzdura, on jest z tego świetny! –prychnął George, starając się powstrzymać cisnący na jego usta uśmiech. –Hermiona, zostań z nami i nie uciekaj od razu! O, patrz, masz miejsce obok Freda! –powiedział zachęcająco chłopak, klepiąc miejsce na sofie obok jego bliźniaka. „A to wredna szumowina!”.
-Nie, nie, dzięki, źle się czuję, a do tego… Parvati mnie potrzebuje! –powiedziała szybko Hermiona, czując jak powoli wypełnia ją duma, że tak ładnie udało się jej wybronić.
-Patil i Brown nocują dziś u drugiej Patil. –zdziwił się Ron, spuszczając tym samym całe powietrze z dumnej szatynki. „Zabiję go kiedyś, przysięgam”.
-A no tak. Zapomniałam. No cóż, bywa… I tak już pójdę, bawcie się dobrze. –mruknęła czerwona Granger, znikając szybko na schodach. Zanim weszła do dormitorium, usłyszała jeszcze głos Freda.
-Nie dasz rady tak długo uciekać, Hermiona!
-Ee, ona szybko biega, da radę. A na długie dystanse jest świetna. –powiedział jeszcze Ron, sprawiając, że cała Wieża zatrzęsła się od śmiechu bliźniaków. Gryfonka również uśmiechnęła się pod nosem. „Oj, Ron, Ron…”.



Znacie mnie i wiecie, że rzadko (nigdy) nic nie piszę na górze, ale nie miałam siły i postanowiłam skumulować wszystko pod rozdziałem. DLATEGO SKUPCIE SIĘ TUTAJ PLIS!
A więc tak.
Mam wrażenie, że ten blog umiera powoli śmiercią naturalną. Jest coraz mniej wyświetleń, komentarzy też coraz mniej, a ja nie wiem co z tym począć. Staram to sobie tłumaczyć, że zakończenie roku itp., ale zdaję sobie także sprawę, że dużo w tym mojej winy, bo nie dodaję już tak często. I tu następny problem.
Nigdy tak ciężko mi się nie pisało rozdziału ani tak długo. Gdy myślałam o tym, że musze go napisać, ogarniały mnie takie jakby "mdłości", jeśli wiecie o co mi chodzi. W tamtym rozdziale miałam olśnienie, wena wpadła, ale jak wpadła tak i wypadła.
I wiem co sobie myślicie - ja już kilka razy "panikowałam", że wena mnie opuszcza i te sprawy... ale tamto w porównaniu z tym co się dzieje ze mną, to była pestka:((
A najgorsze jest to, że ja nie chcę, by ten blog "upadł", bo bardzo mi na nim zależy. Na Was, moich czytelnikach, ludziach, którzy poświęcają swój czas, by poczytać moje twórczości.

Bardzo proszę o zrozumienie, może o jakieś ciepłe słowa w komentarzach, a ja naprawdę się postaram powrócić do Was prędzej czy później:)
~Kate

PS wieczorkiem albo jutro odpowiem na komentarze:)
PSS ten rozdział jest taki nijaki, nie bardzo miałam na niego pomysł, ale naprawdę postaram się poprawić w następnym:)

wtorek, 24 maja 2016

Rozdział XVII

Dobra, na dole nic nie gadam, bo z emocji chyba nie dam rady, dlatego MAKSIMUM UWAGI TUTAJ PROSZĘ!
Zawsze czytam rozdział z 5 razy zanim dodam albo czekam kilka dni, by się upewnić czy wszystko jest cacy, czy może mi nic nie wpadnie do głowy. ALE DZISIAJ TAK NIE BYŁO!
Wena. Po prostu. Powiedziała: "Hej, stara, wbijam. Lecimy z tym koksem, maleńka.", a ja co biedna miałam zrobić? I postanowiłam także, że #yolofasolo dodaję rozdział dzisiaj, bez sprawdzenia, sekundę po postawieniu ostatniej kropki.
I zakończenie może być dla Was... hmmm.... ciekawe. I przez ten ending potrzebuję komentarzy, moi mili! Bo ja nie wiem, czy to dobrze zrobiłam i w ogóle, dlatego dziś i anonimów, proszę, zmiłujcie się i napiszcie jeden komentarz! BŁAGAM BŁAGAM BŁAGAM
nawet jedno - spoko - albo jedno - ale słabe - będzie dla mnie znakiem, moje Kubusie Puchatki<33
Dobra lecę, baj baj.
i przepraszam za spóźnienie!
I OSTRZEGAM, DUŻO EMOCJI BĘDZIE I WGL:))))))))))) bo to taki bardzo spontan rozdział:')))
Dobra, spływam!
~Kate


PS jutro poodpowiadam na Wasze komentarze, nie bójta się:))
PSS i tutaj jakby ktoś nie wiedział - staram się odpowiadać na każdy komentarz, więc jeśli ktoś chce zobaczyć jak mu dziękuję, to już wiecie co robić:')) ---->
PSSS Kate zamknij się już do cholery!



ROZDZIAŁ XVII

Hermiona siedziała po turecku na trybunach i uważnie przypatrywała się jej przyjaciołom, którzy latali na miotłach w czasie ich pierwszego treningu Qiudditch’a w tym roku. Szatynka uśmiechnęła się sama do siebie, wspominając wydarzenia z dzisiejszego poranka. Zebrała w sobie w odwagę i powiedziała gryfonom o jej siostrze, tajemnicy, którą tak długo skrywała. Może chciała im to powiedzieć w inny sposób, ale sytuacja ślizgonki wywarła na niej pewną presję. Mimo to nie żałowała swojego kroku. Okazało się, że Pansy szybko nawiązała nić porozumienia z innymi, nawet z Harry’m i Ronem. Gdy się wszyscy zapoznali, posiedzieli jeszcze w starej klasie, śmiejąc się i przypominając sobie ich sprzeczki bądź stare wyzwiska, które teraz bawiły ich do łez. Dopiero przed obiadem się rozeszli, a już na posiłku Hermiona zauważyła, że do Wielkiej Sali Pansy z Zabinim weszli za ręce, a Teodor szedł rozemocjonowany obok nich, opowiadając zapewne o nowej technice drużyny ślizgonów i nie zwracając uwagi na widoczne znudzenie przyjaciół.  Dziewczyna ponownie się uśmiechnęła, przypatrując się Ronowi, który po raz kolejny świetnie obronił bramkę przed zawiedzioną Ginny, która postawiła sobie dziś za cel pokonanie brata.
-I to na mnie mówili Pomyluna, a ja jakoś nigdy się do siebie nie uśmiechałam. –mruknął głos za wielkim stosem pergaminów i książek, który zmierzał w jej stronę. Po chwili wszystkie zwoje i księgi wylądowały na ławce, a zza nich wyłoniła się uśmiechnięta Luna. Hermiona wytrzeszczyła oczy.
-Merlinie, co ty mi tu przydźwigałaś? –gryfonka podniosła kilka pergaminów, które zleciały z ławki.
-Powiedzmy, że zajęłam się naszą sprawą. George mi szybko powiedział, że jesteś dziś zajęta, a że potem widziałam również, że szłaś z nimi na trening, pomyślałam, że ci pomogę. –powiedziała uroczo blondynka, wzruszając ramionami. Szatynka zdziwiła się.
-Luna, jaką naszą sprawę? O co chodzi, bo zupełnie sobie nie przypominam, byśmy się na coś dziś umawiały. I żeby dotyczyło to tych wszystkich pergaminów. –krukonka roześmiała się tylko perliście i popatrzyła na przyjaciółkę z politowaniem.
-A pamiętasz nasz nocny wypad w poniedziałek?
-Co, jaki…. –gryfonka zachłysnęła się powietrzem. –Biblioteka!
-Bingo. –Lovegood pstryknęła palcami przed jej nosem. Hermiona przejechała rękami po włosach.
-Jak ja mogłam o tym zapomnieć?!
-Każdemu się zdarza, nie martw się. Dlatego postanowiłam ci pomóc i poszperałam sama. –szatynka porwała w ramiona nic niespodziewającą się blondynkę i razem zleciały z ławki, strącając wszystkie materiały na siebie.
-Luna, kocham cię! Jesteś cudowna! Dziękuję! –wykrzyknęła głośno gryfonka. Dziewczyna się podniosła szybko i podała rękę leżącej na ziemi krukonce, która z wdzięcznością ją przyjęła. Sprawnie pozbierały rozsypane książki i pergaminy.
-Nie masz za co, Miona, dziękować. Dobra, ale przejdźmy do tego, bo trochę roboty będzie. –mruknęła Lovegood, patrząc uważnie na przyjaciółkę, która gorliwie pokiwała głową. – Więc… tutaj te księgi to spis każdego rocznika. –blondynka wskazała palcem na kilka grubych książek. –Wspominałaś, że twoja mama znała się z ojcem chrzestnym Harry’ego, więc zabrałam ze sobą wszystkie roczniki siedem lat przed nim i po nim. Do tego wiemy, że musimy znaleźć dziewczynę o imieniu lub o nazwisku zaczynającym się na „Mar”. –krukonka tłumaczyła wszystko wolno, a Hermiona z niemałym podziwem pochłaniała każde jej słowo. – Niestety tak jak mówiłam, tutaj jest tylko spis uczniów, bez żadnych zdjęć lub jakichkolwiek dopisków, bo takie rzeczy znalazłybyśmy tylko w kronikach.
-W bibliotece nie było żadnych kronik?- zapytała zawiedziona gryfonka.
-Mogłabym przysiąc, że jeszcze rok temu je widziałam, ale dzisiaj za żadne skarby nie mogłam ich znaleźć. –mruknęła przepraszająco blondynka.-Ale poszukamy jeszcze. O to się nie martw.
-Nie martwię się, naprawdę. –zaprzeczyła wesoło Hermiona. –Musimy od czegoś zacząć. Ale po co te pergaminy?
-Będziemy wypisywać z każdego rocznika i domu te wszystkie „Mar”, żeby mieć na nie całe spojrzenie. Będziemy wiedziały kogo szukać w kronikach. –Luna wzruszyła ramionami, a szatynce zaświeciły się z radości oczy. Chciała coś powiedzieć, ale krukonka ją  uprzedziła. – Nie ma gadania, bierzemy się za to. Chciałabym zdążyć przed kolacją. –mruknęła wesoło dziewczyna i wzięła do ręki pierwszą księgę. –Z tego co wiem, mój tata był w tym samym wieku co Huncwoci, czyli rocznik 1960, prawda? Czy się pomyliłam? –zapytała Lovegood, zeskrobując paznokciem kurz z kilku miejsc na okładce grubej książki.
-Dokładniej to Black jest z 59… -zaczęła wolno Hermiona, pstrykając palcami. Przyjaciółka przewróciła oczami. –Ale tak, tak, powinien być zapisany jako rocznik 60.
-Czyli możemy zacząć od roku 53… -szeptała do siebie Luna, wertując pożółkłe stronice.
-Wiesz co… skupiłabym się na początku właśnie na roczniku 60, bo tam może być moja mama, w sumie to najbardziej prawdopodobne. Cały zakon ją znał, bo Syriusz raz przy nich o niej wspominał…
-Jaki zakon? –zaciekawiła się na niby blondynka. Gryfonka niezrażona ciągnęła monotonnie dalej swój wywód.
-Zakon Feniksa, tajna organizacja przeciw Voldemortowi… O Merlinie! –szatynka zachłysnęła się powietrzem i zakryła ręką buzię, uświadamiając sobie, że nie powinna mówić tych informacji komukolwiek. Krukonka pobłażliwie pokiwała głową.
-No masz teraz niezłe kłopoty, Granger. Zaraz biegnę powiedzieć o tym moim ziomkom śmierciożercom. –zakpiła Lovegood. –Spokojnie, nic się nie stało. I tak o tym wiedziałam. Dobra, ale wracając, w takim razie możemy się skupić…
-Zaraz, zaraz, ale skąd wiedziałaś? –zapytała Hermiona, a po chwili otworzyła buzię z oburzenia. –George!
-Co ja znowu zrobiłem? –zapytał chłopak, który podleciał do przyjaciółek  na miotle, nie wiadomo skąd.- O, cześć kochanie ! –zawołał wesoło rudzielec, rozpoznając w jednej z dziewczyn kobietę swojego serca. Jednak nie zdążył nic powiedzieć, ponieważ po całym stadionie rozniosły się groźby śmierci skierowane w kierunku Weasley’a. –Już lecę, Angelina, spokojnie! To, piękne panie, ja już się pożegnam. Luna, spotkamy się po treningu?
-Jasne, ale teraz już leć, chcę cię jeszcze zobaczyć żywego. –mruknęła blondynka odganiając chłopaka, który pomknął w kierunku wściekłej Johnson’ówny. Hermiona się wyszczerzyła szeroko.
-Ale wy jesteście słodką parą. –krukonka tylko przewróciła oczami.
-Wszyscy tak reagują, co w tym takiego słodkiego? –zapytała Lovegood, ale widząc, że szatynka już otwiera usta, a znając ją wygłosiłaby jakieś długie przemówienie, szybko uciszyła ją ruchem ręki. –Dobra, zajmijmy się tym. Ty weź rocznik 53, ja wezmę następny i tak do 67. No to do roboty. –zakomenderowała dziarsko niebieskooka, biorąc do ręki grubą księgę i arkusz pergaminu. Granger’ówna poszła w jej ślady i obie zaczęły pilnie studiować książki.

 
Trening trwał już dobre dwie godziny, a dwie przyjaciółki nadal ślęczały nad rocznikami. Luna właśnie kończyła wertować ostatni rocznik, czyli 67, a Hermiona wzięła do ręki księgę z wielkim numerem „1960”  - rocznik Syriusza, rodziców Harry’ego, Lupina, a także Petera Pettiegrew i Snape’a. Szatynka wzięła głęboki oddech. Miała jakieś dziwne przeczucie, że właśnie tutaj znajdzie jej mamę. Miały wypisane blisko stu różnych imion jak Marienne, Mary, Margaret, Mariette albo Marilyn, a także pełno nazwisk jak Marley, Marston, Marquin oraz Martin, jednak szansa, że Black przyjaźnił się z jedenastolatką lub siedemnastolatką, gdy był w szkole, była dość nikła. Dlatego najpewniejszą książkę zostawiła na koniec. Chwilowe zamyślenie dziewczyny przerwał głośny i przerażony krzyk Luny.
-Tłuczek! –blondynka skryła się pod ławką, a gryfonka poszła w jej ślady, dosłownie uciekając głową przed tłuczkiem z różnicą kilku milimetrów. Kula z głośnym hukiem wylądowała na ławce nad nimi, roztrzaskując ją w drobny mak i rozsypując wszystkie pergaminy i książki. Dziewczyny usłyszały kilka przestraszonych głosów i świst mioteł nad głową. Szatynka ostrożnie wyjrzała spod ławki, ale po chwili została spod niej gwałtownie wyciągnięta i wtulona w czyjeś ramiona. Poczuła znajomy zapach gorzkiej czekolady i usłyszała tak znajomy i miły głos.
-Merlinie, Hermiona, przepraszam! To było niechcący, nie widziałem cię! –szeptał przestraszony Fred, wciskając twarz w jej włosy. Dziewczyna zaczęła go głaskać po plecach i powoli uspokajać.
-Fred, spokojnie, nic się nie stało, Luna mnie ostrzegła. Fred, nic się nie stało. –gryfonka z lekkim ociąganiem wydostała się z ramion rudzielca, który głęboko oddychał. Po chwili cała drużyna gryfonów przyleciała na miejsce wypadku. George zeskoczył gwałtownie z miotły i doskoczył do bliźniaka.
-Weasley, co ty mi chcesz dziewczynę zabić?! –krzyknął pół żartem, pół serio, ale widząc minę brata, poklepał go po plecach. –Tylko żartuję, spokojnie. Dziewczynom udało się uciec, więc wszystko jest ok.
-Nie chciałabym wam przeszkadzać –mruknęła Ginny, przebijając się pomiędzy przyjaciółmi i dochodząc do wielkiego stosu pergaminów i drzazg z potrzaskanych ławek – ale Luna cały czas jest pod ławką. Więc zamiast się kłócić o to, kto ją zabił, sprawdźmy najpierw czy ona nie jest martwa na serio.-wszyscy zbledli gwałtownie i wytrzeszczyli oczy na wielką górę resztek ławek i ksiąg.
-Nie, spokojnie, żyję. To miłe, że sobie o mnie przypomnieliście, naprawdę. –zadrwił głos należący do niebieskookiej, wydobywający się spod owego stosu. Bliźniacy momentalnie wyminęli Ginny i zaczęli odkopywać krukonkę z pułapki. Po chwili blondynka wyszła spod ławki, uśmiechając się wesoło. George porwał ją w objęcia, okręcając ją wokół własnej osi. Nikt nie chciał przerywać tej uroczej sceny, jednak Angelina Johnson nie byłaby sobą, gdyby nie kazała drużynie wracać na trening. Po chwili Luna z Hermioną znów zostały same pomiędzy zniszczonymi ławkami i rozrzuconymi pergaminami oraz rocznikami. –Już chyba wiem o co ci chodziło z tą słodką parą. –szatynka uśmiechnęła się triumfująco. –Ale z tego co słyszałam spod ławki, ty chyba podobnie wtulałaś się w drugiego z Weasley’ów.
-Rona? –zakpiła gryfonka, obrywając tym samym pergaminem w głowę od przyjaciółki.
-Zabawne. Wiesz co, ja już będę się zmywać, bo zaczyna się tu robić niebezpiecznie. Został ci tylko jeden rocznik, więc na pewno dasz radę. Poza tym, czuję jak coś mi spływa z karku. –dziewczyna spokojnie sięgnęła ręką pod włosy, by po chwili ich oczom ukazały się zakrwawione opuszki palców. –Cholibka, czułam, że drzazga mi się wbiła. –zamarudziła blondynka w czasie gdy Hermiona wytrzeszczała oczy i prawie dostawała zawału serca.
-Luna!
-Oj, spokojnie. Przemyję to i będzie dobrze. Dasz radę wziąć te pergaminy? Bo ja już odniosę te książki. –i nie czekając na odpowiedź gryfonki, niebieskooka zniknęła ze stosem roczników na rękach. Granger westchnęła głośno i zabierając pergaminy i rocznik z 60 roku, skierowała się do Pokoju Wspólnego.

 
Hermiona uważnie przyjrzała się sporządzonej przez siebie liście. Na górze pergaminu widniały czarne jak smoła cyferki, a pod nimi było napisane kilka nazwisk, przydzielonych do odpowiednich domów.

Huffelpuf   - Marianne Collins, Marilyn Blake, Kate Marley, Maddie Marley                                        
Ravenclaw - Mary Johnson, Martina Sweets, Julianne Marston                       
Slytherin    - Mary Luis, Stephanie Mardrey, Vanessa Marquin, Caroline Martin                        
Gryffindor  -

Szatynka przymknęła oczy i drżącą ręką wpisała cztery dziewczyny z Domu Lwa. Hermiona przypatrywała się czterem nazwiskom, czując w sercu, że właśnie patrzy na imię swojej mamy. Osoba zawsze racjonalnie myśląca dała się ponieść jakiemuś głupiemu przeczuciu, że właśnie pomiędzy tymi gryfonkami jest jej biologiczna mama. Granger’ówna zaczęła po cichu czytać całą listę, a gdy doszła do Domu Godryka Gryffondora, przełknęła tylko ślinę.
-Gryffindor. Mary McDonald, Marlena McKinnon, Samantha Mariott i Emily Marston. Stop. Marston jest także w Ravenclawie, więc możliwie, że były to siostry bliźniaczki. A nikt nie wspominał mi o jakiejkolwiek innej rodzinie.- Hermiona sprawnym ruchem skreśliła Emily Marston. -Nie sądzę, by Syriusz przyjaźnił się z kimkolwiek ze Slytherinu…- cały Dom Węża został przekreślony wielkim czarnym „x”.- Czyli na tej samej podstawie jak Emily Marston, powinnam wykreślić jej bliźniaczkę i te bliźniaczki z Huffelpuffu... –mamrotała po cichu dziewczyna, pozbywając się z listy Julianne Marston oraz Katherine i Maddie Marley.
-Nie znam żadnych bliźniaczek z Huffelpuffu… -zamruczał jakiś głos nad jej uchem. Szatynka pisnęła przerażona i podrzuciła wszystkie pergaminy do góry, trafiając nimi w stojącego nad nią chłopaka.
-Przestraszyłeś mnie! –Granger wskazała oskarżycielsko palcem na szczerzącego się Freda.
-To nie moja wina, że jesteś taka strachliwa. –odparł wesoło rudowłosy, przeskakując przez oparcie i siadając na kanapie obok dziewczyny, która uważnie zmierzyła go wzrokiem. Cały czas był w stroju do Quidditch’a, oblepiony błotem i poharatany na twarzy, a każdy włos sterczał w innym kierunku. Brązowooka musiała przyznać, że wyglądał wprost uroczo.
-Nie jestem strachliwa. –burknęła Hermiona, zaczynając zbierać rozsypane pergaminy. Szybkim ruchem wyrwała jeden z nich Fredowi, który wziął go do ręki. –Nie ruszaj co nie twoje.
-Oj, przepraszam, widzę, że panna Granger dziś coś w nie ma nastroju. –prychnął rozbawiony gryfon.
-A ty jak zawsze tryskasz szczęściem jak jakiś zraszacz do trawy. –odpyskowała zgrabnie szatynka, a Weasley wytrzeszczył tylko oczy.
-Jak co?
-Oj, nieważne już. Gdzie reszta? –dziewczyna po ułożeniu wszystkiego ładnie na stole, usiadła po turecku, wbijając swój wzrok w bliźniaka. Nigdy nie przeszkadzała jej jego obecność, ale kiedy robi coś naprawdę ważnego, to wolałaby być sama bez wścibskich oczu Freda Weasley’a.
-Wiesz, że jest już kolacja? Cały dzień siedzisz nad tym czymś! Wszyscy są na kolacji, a ja przyszedłem po ciebie. –chłopak uśmiechnął się słodko, na co gryfonka tylko przewróciła oczami.
-Romantycznie. –zakpiła. –Możesz już iść na kolację, dojdę za chwilę, ale…
-Bez żadnych „ale”, Granger. Co ty tam kombinujesz? –rudowłosy wskazał głową na leżące w kącie stołu pergaminy. –Kolejna siostra, czy co? Powiedz od razu, że jesteś spokrewniona z Malfoyem. –Hermiona obdarzyła go wściekłym spojrzeniem.
-Wiesz, to twoje gadanie zaczyna aż się robić niemiłe. –mruknęła lekko urażona szatynka. Fred zagryzł niepewnie wargę.
-Oj, przepraszam, po prostu jestem w dobrym humorze.
-Wiem, widać, Fred. –uśmiechnęła się gryfonka. –Leć na kolacje, jesteś pewnie śmiertelnie głodny.
-No co ty! Mogę tu posiedzieć razem z tobą! –krzyknął entuzjastycznie chłopak, a Granger wytrzeszczyła oczy. –Oj, nie patrz tak na mnie. Po prostu tak działa na mnie latanie. To tak jakbym napełniał się jakąś pozytywną energią. –uśmiechnął się rudowłosy, a jego rozmówczyni wybuchła głośnym śmiechem.
-No, Fred, nie wiedziałam, że z ciebie taki poeta. Ale z tą energią przesadziłeś, zabrzmiałeś jak Trelawney.
-Czepiasz się. –brązowooki szturchnął gryfonkę łokciem. –Ale uwierz, wszyscy Weasley’owie tak mają, taka wrodzona przypadłość. No może oprócz Percy’ego. A może ty byś spróbowała, co?
-Nigdy w życiu! Prędzej pokocham Umbridge niż wsiądę na to coś!
-Nie wiem, czy ci wspominałem, ale mam niesamowity dar przekonywania ludzi. –bliźniak popatrzył się zawadiacko na Hermionę, która roześmiała się wesoło, a na jej policzki wpłynął delikatny rumieniec. – To co, idziemy polatać?
-Na Merlina, nie! –gryfonka odepchnęła lekko chłopaka, który nachylił się w jej stronę.
-Ależ proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę! Proszę! Proszę! Błagam, wręcz! Błagam, błagam, błagam! –Fred ułożył ręce jak do modlitwy i w czasie swego monologu zdążył się uklęknąć przed śmiejącą się dziewczyną, która ocierała tylko łzy śmiechu.
-Fred, przestań! –powiedziała, pomiędzy napadami szaleńczego chichotu.
-Czyli zgadzasz się? –rudowłosy zapytał z nadzieją, ale widząc zaprzeczenie głową, od początku zaczął swoją wypowiedź. Chłopak zaczął złożonymi rękami wywijać przed nosem szatynki, którą bolał już od śmiechu brzuch. Złapała przyjaciela za ręce i rozdzieliła je, ale że ona siedziała na kanapie szybko straciła równowagę i przechyliła się z rękami do przodu. Fred, próbując ratować ją przed upadkiem, objął mocniej jej dłonie i przycisnął je do brzegu kanapy. Hermiona, zważając na prawa fizyki, zawisła głową tuż nad głową chłopaka tak, że stykali się czołami. Dziewczyna zaczerwieniła się potwornie, zdając sobie sprawę w jakiej sytuacji znalazła się z Weasley’em. A sam rudowłosy poczuł się nagle bardzo pewny siebie, wpatrując się w zawstydzone tęczówki gryfonki.
-Zrobiło się trochę krępująco… -zaczęła cichutko dziewczyna.
-Owszem. –potwierdził Fred.
-Trochę bardzo krępująco.
-Owszem.
-I najlepiej by było gdybyś mnie puścił i pozwolił wrócić do pozycji siedzącej.
-Owszem.
-Więc możesz to zrobić?
-Nie owszem. –chłopak uśmiechnął się czarująco, a szatynka zachichotała nerwowo. Czuła jakby serca miałoby zaraz wyskoczyć z piersi, jeśli zostanie dłużej w tej pozycji z Fredem. A sam rudowłosy zachowywał się dość nietypowo. Jeśli zachowuje się tak zawsze po spotkaniu z miotłą, to trzeba to drewniane cholerstwo wyrzucić jak najdalej.
-Fred, w co ty grasz? –zapytała lekko zirytowana tą sytuacją, która obróciła się przeciw niej, Hermiona.
-W szachy. Czasem z George’m lubimy grać w karty, ale bardzo rzadko. No i oczywiście w Quidditch’a. –odparł spokojnie bliźniak.
-Wiesz, że nie o to pytałam. Puść mnie i pójdziemy na kolację.
-Nie jestem Ron, jedzeniem mnie nie przekupisz. –gryfon wyszczerzył zęby. –Moje czoło jest aż niewygodne?
-Przyznam, że leżałam na wygodniejszych rzeczach. –warknęła dziewczyna, czerwona jak burak. Fred uśmiechnął się pobłażliwie i puścił ręce gryfonki, a ona natychmiast odsunęła się od niego. –Nie można było od razu?
-Ale tak słodko się zawstydzałaś, że nie mogłem sobie przerwać tej zabawy. –Fred wzruszył ramionami. –Wiesz co, lubię cię, Hermiono. I to tak od pewnego czasu. Bardzo cię lubię.
-Też cię lubię Fred. –odparła, lekko zaskoczona i skołowana tym co powiedział bliźniak, gryfonka.
-Tylko wiesz… Ja cię lubię tak bardzo, bardzo. –zamruczał chłopak, stojąc obok siedzącej cały czas na kanapie szatynki. Zapadła nagle bardzo niezręczna cisza, dla Granger’ówny bardzo niekomfortowa. Rudowłosy podszedł do niej wolno i przypatrzył się uważnie. Włożył jej za ucho niesforne pasemko, przejeżdżając delikatnie kciukiem po jej zaczerwienionym policzku. Gryfonka wciągnęła głośno powietrze, nie wiedząc zupełnie czego się spodziewać, a owa niewiedza zupełnie ją paraliżowała. Bliźniak zniżył głowę tak, by być z nią na równi. Wolno przysunął się ustami do ust dziewczyny, by po sekundzie musnąć ją prawie niewyczuwalnie. Po chwili pewniej ją pocałował. Objął jej wiotkie ciało w talii, wtapiając się w jej usta. Hermiona zaczęła oddawać pocałunki, jednak niezbyt pewna tego co robi. Po sekundzie odepchnęła się gwałtownie od Weasley’a i popatrzyła się na niego wielkimi oczami z wściekle czerwonymi policzkami. Nie wiedząc zupełnie jak się zachować po prostu wybiegła, zostawiając chłopaka samego w Pokoju Wspólnym. Fred przejechał ręką po zabłoconych i roztrzepanych włosach, uśmiechając się do siebie. Czemu wcześniej nie zauważył, że ona nawet kiedy się wstydzi, jest tak piekielnie urocza? Nie odebrał tego jako zły znak, wręcz przeciwnie.
-Prawdopodobnie Granger się we mnie zabujała. -prychnął z niedowierzaniem z głuchą ciszę, która zapanowała w całej wieży.



omg, omg, omg, nieźle, co?
KOMENATRZE PLIS PLIS PLIS